Po dwóch tygodniach też nie było łatwo, bo po 10 km zaczęły się wkradać różne bóle: a to biodro, a to stopa, a to znowu łydki i tak w kółko. Miałam już dość samej siebie, tego, że trudność sprawia mi przebiegnięcie dystansu, który wcześniej był łatwy. Miałam dość użalania się i mówienia o tym, co mnie boli. Czułam się jak rozsypująca się staruszka. Naprawdę zaczęłam wątpić, czy przebiegnę półmaraton, czy dobiegnę w jednym kawałku.
Gdy decydowałam się na udział w programie, wiedziałam, że będzie ciężko. Jednak myślałam, że to „ciężko” oznacza ćwiczenie silnej woli, regularne treningi, bieganie bez względu na pogodę, przełamywanie słabości. Myślałam, że jeśli będę robić wszystko zgodnie z planem, to wystarczy, by biegać, robić postępy i przebiec półmaraton, a potem maraton. Jak się okazało (nie pierwszy raz w życiu) wyobrażenia sobie, a rzeczywistość sobie. Nikt nie powiedział mi – albo może to wyparłam – że będzie bolało, że same chęci nie wystarczą, że może się okazać, że trudności będzie więcej niż przyjemności. Po tym bolesnym doświadczeniu dystans maratonu wywołuje we mnie coraz większy strach i mam coraz większe wątpliwości, czy fizycznie dam radę go przebiec.
Myślę, że na 10. PZU Półmaratonie Warszawskim ostatnie kilometry przebiegnę na emocjach, poniesie mnie tłum i atmosfera, ale prawdopodobnie przebiegnę. Co będzie dalej? Boję się myśleć. Przeraża mnie dystans, to, że trzeba będzie intensywnie trenować w dużym upale. Przede mną jedna wielka niewiadoma.
