O autorze
Drużyna blogerów to dwie kobiety i dwóch mężczyzn, których łączy zamiłowanie do nowoczesnych form komunikacji w Internecie oraz odwaga do podejmowania wyzwań. W jej skład wchodzą:

Maja Sieńkowska – dziewczyna wiecznie zaczytana, co udowadnia na swoim blogu, gdzie pisze o literaturze. Teraz tradycyjne książki postanowiła odstawić na półkę i skorzystać z oferty audiobooków, które umilą jej treningi.

Dorota Nowacka i Jakub Prószyński – to para, nie tylko w realu, ale i w wirtualu. Poznali się dzięki blogom, teraz jeden prowadzą razem, o PR-rze, social media i marketingu. I postanowili sprawdzić, czy w sporcie też sprawdzą się jako para.

Paweł Lipiec – w zakładce „o mnie” na swoim blogu pisze, że lubi konkret, który rozumie jako coś namacalnego. Ciekawe, czy właśnie dlatego zdecydował się podjąć nasze bardzo konkretne zadanie i wziąć udział w programie biegowym?

Iwona Stepajtis - Zakręcona na punkcie zwierząt, dlatego też prowadzi bloga o swoim psie i jego przygodach. Ma wiele zainteresowań, do których ostatnio z uśmiechem dopisała bieganie.

Paweł Lipiec: Weekend bez zawodów

Mniejsze czy większe biegi odbywają się praktycznie w każdy weekend. A co najmniej raz w miesiącu są takie biegi, gdzie startuje spora część znajomych. Tak też było w ostatni weekend. Ja nie startowałem.

Dzielenie się tym napięciem tuż przed startem i radością po przekroczeniu mety to wielka wartość biegania. Zwłaszcza, kiedy startujesz ze znajomymi i wiesz, że na mecie znów się spotkacie i będzie chwila odpoczynku i wytchnienia. Chwila pizzy i piwa. Te wspólne momenty z ludźmi dają mi bardzo dużo energii.



Później jeszcze przegląd facebooka i instagrama, aby sprawdzić jak poszło znajomym biegnącym na drugim końcu Polski i… O Jacek, znowu życiówka, Michał też poprawił czas, Łukaszowi się nie udało, ale dobiegł mimo braku sił, a Anka ukończyła pierwszy w życiu półmaraton. Komentarze, SMSy, wiadomości - słowem ogrom wsparcia i gratulacji. Cała ta atmosfera w ogół zawodów jest niesamowita i daje ogromnego kopa pozytywnej energii.

A ja w ten weekend nie startowałem. Znajomi biegli maratony, półmaratony, kilku pobiegło nawet ultra (po 50 i 110 km) czy sztafetę maratońską „EKIDEN”. A ja? Ja te wszystkie emocje oglądałem z daleka (na „fejsise”) i pewnie przez moment byłoby mi nawet smutno, że ja nie, że ja z dystansu, biernie… Ale po pierwsze: treningowo to nie był wcale taki słaby weekend. A po wtóre – czasem trzeba odpocząć.

I właśnie taki leniwy, odpoczywający weekend sobie zafundowałem. Całe dwa dni luzu po sobotnim wybieganiu. Luzu i grzechu w diecie. Zamiast weekendu sportowego - z bieganiem czy rowerem – miałem dwa dni klasycznego, polskiego lenistwa z grillem w roli głównej.



Czy żałuję? Ktoś mógłby pomyśleć, że pewnie szkoda mi niezdobytych medali, nieprzybitych piątek etc. Nic bardziej mylnego! Spędziłem 2 dni z rodziną i przyjaciółmi. Takie dwa dni, po których aż człowiekowi żal, że już po weekendzie. Mogłem ten czas poświęcić na trening? Mogłem, ale ponieważ trener powtarza, że regeneracja to też jednostka treningowa, to będę utrzymywał, że to był trening ;).

Taka „zmiana otoczenia” raz na jakiś czas dobrze robi. Uruchamia inne punkty widzenia, pokazuje nowe perspektywy i daje swoistą świeżość.

Dzięki za ten weekend!
Trwa ładowanie komentarzy...