Aż w końcu się rozchorowałam. Za oknem słońce, a ja z gorączką. Przeziębienie plus zapalenie ucha uwięziły mnie skutecznie w domu. Nie miałam apetytu na jedzenie według przepisów od dietetyczki, nie mogłam biegać. To trwało dwa tygodnie. Po pierwszym zaczęła mnie drażnić ta stagnacja, w połowie drugiego myślałam, że zwariuję. Chciałam biegać. Już, teraz, zaraz! Najgorsze, że zaraz po powrocie do życia, byłam jeszcze osłabiona i mimo wielkiej motywacji wewnętrznej, fizycznie nie dawałam rady, więc wracałam do formy powoli.
Teraz kocham bieganie równie mocno jak kiedyś, a może nawet mocniej. Nie mogę się doczekać kolejnych dni treningowych, daję z siebie 200%. Wracam nieżywa, ale szczęśliwa. Wiem, że wtedy byłam zmęczona na różnych polach, a nie umiałam dać sobie prawa do odpoczynku. To odbijało się i na mojej formie i na motywacji, ale też na ogólnym samopoczuciu. Dobrze, że mam mądry organizm, który nie ma obaw, by powiedzieć stop i nie zwraca uwagi na to, że w pracy czeka stos rzeczy do zrobienia, że trzeba iść na trening i ugotować obiad. Jeśli sama się nie opamiętam na czas, to on mnie uziemi w domu i nie będzie wyjścia.
Mam tylko obawy, czy zdążę przygotować się tak, aby przebiec maraton. Trener twierdzi, że tak. Mam nadzieję, że nie ściemnia ;).
