Maja Sieńkowska: Blady strach

Któregoś ranka moim kotom zebrało się na wczesnoporanne harce i wyścigi z rodzaju „kto pierwszy przy drzwiach do łazienki i z powrotem”, a że ja mam sen bardzo lekki (chyba że dzwoni budzik, to wprost przeciwnie), niewyspana, ale skutecznie obudzona zaczęłam kontemplować własne życie.

Wynikiem tej kontemplacji był blady strach. Pojawił się zaraz za myślą o tym, że właściwie ten maraton to już za trzy miesiące, a ja zupełnie nie czuję się na siłach, aby go przebiec. Przez moją głowę przewijały się różne scenariusze. Jeden był o tym, żeby wyjechać w Bieszczady, zaszyć się w lesie i wrócić dopiero w październiku. Powiem wszystkim, że naprawdę chciałam przebiec, ale straciłam poczucie czasu. W Bieszczadach to przecież bardzo możliwe. Drugi był taki, że w trakcie maratonu skręcę kostkę i będę wielce poszkodowana. Wszyscy będą myśleć, że tak się przygotowywałam, tak chciałam przebiec, a tu takie nieszczęście. Mówi się, że do trzech razy sztuka.

Trzeci scenariusz był taki, że wezmę się porządnie za wszystkie ćwiczenia, wskazówki, a treningi będę robić jak trener przykazał. Ten trzeci scenariusz jakoś najbardziej do mnie przemówił, więc wstałam, przebrałam się za biegaczkę i wyszłam. Była piąta rano. Zwariowałam. Jak się potem okazało, to był trafiony pomysł, bo akurat pamiętny poranek był dniem należącym do tej fali upałów, która dziś jest dalekim wspomnieniem. Ja mam tak, że słońce lubię, ale już wysoka temperatura sprawia, że jedyny wysiłek, jaki mogę podjąć to oddychanie. Wysiłek fizyczny nie wchodzi w grę. Próbowałam, ale nawet o 22:00 wykonanie treningu było ponad moje siły. Mimo picia dużej ilości wody, czuję jakbym była na pustyni, jestem osłabiona i mam mroczki przed oczami. Okazało się, że o 5:00 świat nie jest jeszcze rozgrzany, słońce przyjemnie ociepla, a wiatr chłodzi. Od tamtej pory poranne treningi weszły na stałe do mojego repertuaru. Jeszcze kilka miesięcy temu to było nie do pomyślenia. Okazuje się po raz kolejny, że jeśli się chce, to na wszystko znajdzie się sposób. Chociaż blady strach wciąż czai się gdzieś za rogiem, to nie jest nieprzyjemny. Myślę, że nawet się zaprzyjaźniliśmy. On mnie motywuje, ja go akceptuję. I tak sobie biegamy.
Trwa ładowanie komentarzy...