Paweł Lipiec: Droga do maratonu

Patrząc na ostatnie teksty moich kolegów i koleżanek widzę, że dociera do nich to, co mnie martwi od pewnego czasu: za chwilę maraton. Już niedługo. We wrześniu. Zostało mniej niż 1000 godzin. Zegar tyka, a w Nas narasta przerażenie królewskim dystansem.


Wychodzi z nas wszystko. Każdy odpuszczony trening, każde przekłamanie w diecie i każda kontuzja. Wszyscy mamy swoje małe grzeszki, których teraz żałujemy. Nie, nikt z nas się nie obijał. Staraliśmy się jak tylko mogliśmy, jednak chyba już przestajemy wierzyć w to, że pokonanie tych ponad 42 km nie będzie wyzwaniem. Mieliśmy takie przekonanie jeszcze kilka miesięcy temu, ale teraz? Teraz się boimy… Nie, to nie jest strach. Kilka razy w życiu się bałem, ale to uczucie, które teraz mi towarzyszy, kiedy myślę o maratonie to już jest skrajne przerażenie.

Do półmaratonu startowałem mając na treningu przebiegnięte 22 km. To dawało mi psychiczny spokój. Nie zastanawiałem się w ogóle nad tym czy ten dystans jest w moim zasięgu, bo dobrze wiedziałem, że już go kilka razy pokonałem. Dzięki temu startowałem z „czystą głową”.

Przez ciągłe problemy ze ścięgnami i przerwy w treningach przed maratonem najprawdopodobniej nie zrobię nawet długich (30+ km) wybiegań, które pozwoliłyby mi odzyskać wiarę w to, że maraton jest czymś „do zrobienia”. Co prawda Grzegorz, nasz trener, uspokaja mnie, że dam radę się przygotować na krótszych wybieganiach i ja mu nawet wierzę, ale moja głowa chyba już nie do końca.

Dodatkowo, większość znajomych i przyjaciół będzie w tym czasie na Blog Forum Gdańsk, czyli na zaprzyjaźnionych kibiców na trasie też trudno będzie liczyć. Zapowiada się pod wieloma względami niezapomniany dla mnie start.

- Pierwszy raz na nowym dystansie zawsze jest najtrudniejszy. Trudniej, moim zdaniem, przebiec swoją pierwszą „piątkę” niż czwarty półmaraton czy maraton. Pierwszy raz jest zawsze najtrudniejszy, bo nigdy nie wiesz co Cię czeka.

- To będzie ostatni maraton z metą na Stadionie Narodowym. To jest myśl, która – liczę na to – utrzyma mnie przy życiu przez większość trasy (czyli między 35 a 42 km) ;). Zgromadzeni na trasie widzowie zawsze dodają siły i determinacji, ale finisz przy tłumnie skandujących kibiców na ostatnich metrach to z pewnością niezapomniane przeżycie.

- Dla mnie ten maraton oznacza, że moje nogi muszą przebiec co najmniej 30 km, a nie jest to dla nich codzienność (a później głowa musi pociągnąć jeszcze 12,195 km). To będzie dla mnie ogromy sprawdzian: zarówno dla mojego organizmu jak i dla psychiki.

- Boję się jak diabli tego, że nawet plan minimum może być w tej chwili dla mnie wyzwaniem przez te wszystkie kontuzje. W założeniu było to przebiegnięcie całego maratonu, czyli ukończenie go bez przechodzenia do marszu w czasie nieprzekraczającym 3:59:59. To nie jest ambitny plan i jestem tego świadom. Tym bardziej martwi mnie, że mogę mieć kłopot z „dowiezieniem” nawet tak przeciętnego wyniku.

Jest też jasna strona tej całej sytuacji (kto by pomyślał?!). Przestałem się aż tak przejmować wynikiem. Nadal bardzo chciałbym zrealizować swój plan, ale jeśli się nie uda, to czas mogę poprawić w przyszłym roku. Wtedy, poza startem w jakimś biegu górskim, skupię się na poprawie swojego czasu na dystansie 42 195 metrów. Ultramaratony będą musiały poczekać. Inna sprawa z Biegiem Rzeźniczka, który obiecałem przebiec w 2016 roku.

Ostatecznie nikt z nas nie biegnie po kwalifikacje olimpijskie. Maciej zapewne po maratonie wróci do krótszych dystansów, bo jak sam pisał bardziej go kręci ściganie się na połówkach. Z kolei Krzysiek zamierza traktować bieganie jako uzupełnienie swojej aktywności. Być może nie wszyscy będą dalej trenować jak do tej pory, ale to już nie jest istotne. Pokazaliśmy, że każdy może wstać z kanapy i jeśli tylko chce, to zacznie biegać długie dystanse.



Ja do niedawna patrzyłem na bieganie przez pryzmat celów. Nawet opracowałem sobie już listę zadań biegowych na przyszły rok. Jednak teraz zaczynam myśleć o tym w zupełnie innych kategoriach. Dzięki bieganiu poznałem tylu ciekawych ludzi, że raczej pomyślę o zintensyfikowaniu wspólnych startów w fajnych miejscach. Częściej też zastanawiam się nad próbowaniem czegoś nowego jak np. biegi górskie (bo góry ostatnio bardzo mi się spodobały) czy rower (nadal bronię się przed TRI). Chcę aby to wszystko sprawiało mi radość, chcę mieć z tego „fun”. A ta satysfakcja wcale nie musi brać się z bicia życiówek czy osiągania z góry założonych celów.

Przestaje mnie ekscytować cel w postaci złamania 3:30:00 w maratonie czy pokonanie Biegu Rzeźniczka. Zaczyna cieszyć mnie bieganie samo w sobie. Nie tylko to bardzo szybkie albo bardzo długie. Obecnie każdy trening to dla mnie czysta przyjemność i źródło radości.

Nawet jeśli te wszystkie treningi prowadzą do jakiegoś celu (tak jak teraz do pokonania maratonu), to radość sprawia mi sama „podróż” do celu, a nie dopiero jego osiągnięcie.

P.S. Oczywiście, jeśli będziecie 27 września w Warszawie, to choć na te parę minut wpadnijcie na trasę maratonu i podopingujcie startujących. To naprawdę bardzo pomaga!
Trwa ładowanie komentarzy...