Planuję podzielić dystans maratonu na mniejsze części i narysować sobie na dłoni 6 kresek. Będę ścierać jedną co 7 km. Wydaje mi się, że lepiej będę się czuła ze świadomością, że zostały mi jeszcze dwie kreski, a nie 14 km.
Strategia i planowanie sprawiają, że mam wrażenie, że panuję nad wszystkim. Moja psychika dzięki temu łatwiej poradzi sobie z faktem, że wybrałam się z motyką na słońce. 6 x 7km brzmi lepiej niż 42km. „Dobiegnij do Magdy, która ma dla ciebie banana/Dagmary, która ma dla ciebie żel/Kamili, która ma dla ciebie napój” brzmi lepiej niż dobiegnij do tego mostu, a potem do tamtej ulicy. Do mety łatwiej mi będzie dotrzeć, jeśli pomyślę, że to już ostatni raz, że kolejny to już będzie bieg bez zegarka, ale dla przyjemności.
Choć brzmi to jak droga przez mękę, liczę na to, że atmosfera i kibice zamienią mój pierwszy start w piękne wspomnienie, w dumę z własnego osiągnięcia, a może nawet zachęcą do brania udziału w kolejnych maratonach.
Tak sobie myślę, że gdybym wiedziała, jaki trud przyjdzie mi podjąć, by dojść do celu, nie wiem, czy bym się zdecydowała. Cieszę się więc, że nie byłam do końca świadoma, co mnie czeka, bo w przeciwnym razie nie doszłabym tu, gdzie jestem teraz.

